Zacznijmy od niedzieli 3-go maja. Jak już wiecie, obchodziłam wtedy 13-ste urodziny ^^ Jestem happy. Znalazłam wtedy dwie czterolistne koniczyny, a potem w środę po urodzinach kolejne dwie. I, co się okazało - koniczyny naprawdę przynoszą mi szczęście, a konkretniej 1 czterolistna koniczyna = 1 fartowny dzień :> Tak więc czwartek, piątek, sobota i niedziela były happy-dniami, poniedziałek, wtorek - neutralne, dziś - pół na pół, bo:
1. byłyśmy jako kibice na wojewódzkiej gimnazjadzie dziewczyn w kosza (to ta fartowna część)
2. zdarłam sobie gardło, a z gardłem bolały mnie potem płuca, bo tak darłyśmy się kibicując (ta mniej fartowna część.
A teraz troszku dokładniej opisze 2 najlepsze dni tego tygodnia:
sobota - przyszła Marlena. Razem wybrałyśmy się na lody, po drodze zabierając ze sobą Natalię, która chodzi teraz do szkoły w Przemyślu. Potem ---> kierunek plac zabaw. Na miejscu byli już Amelka, Emilka (z naszej klasy), Dawid, Filip, Szymek, Mateusz (2g), Paweł (1g) i Szymek (3g). Byliśmy tam do ok. 19.00. Filip przywiązał Emi sznurówkami do drabinek, a ja i Dawid przekonywaliśmy się kto ją odwiąże (wygrał xd). Ja i Natalka siedziałyśmy na tej najfajniejszej huśtawce. Huśtała Marlena, ale po chwili zawołała do tego Mateusza i pchnął nas tak, że latałyśmy prawie na równi z obudową(?) [nwm jak to nazwać] huśtawki. Dawid robił sobie selfie na studni xD W sumie to tyle się działo, że nawet nie umiem tu wszystkiego napisać. Okey, przejdźmy do drugiego super-dnia, czyli dzisiaj.
Chwilę temu był apel, że po kilka uczniów z klas 4-3g, którzy będą mieli najlepsze wyniki w nauce, zostanie wybranych, żeby pojechać dopingować dziewczyny z gimbazy w zawodach wojewódzkich w kosza. Do tego pan wziął kilka osób za regularne chodzenie na SKS i dobre granie w kosza. Z naszej klasy miało jechać 10 osób, ale pojechało 8. Razem było nas jakieś 26-27 (kibiców). Dziewczyny jak zawsze grały fantastycznie. Na meczu z zawodniczkami z Lotnika (gdzieś koło Leżajska) nie było ogromnego poruszenia, bo poszło im szybko i sprawnie. Za to na meczu z Posadą Górną - mnóstwo szału. Śpiewaliśmy wszyscy nasze dopingujące teksty. Kiedy nasze miały piłkę - I raz i dwa.... (reszta tego dopingu w tym poście), a kiedy piłka była przeciwników, śpiewaliśmy nowszą "piosenkę", mianowicie:
"Obrona! Obrona! Nikt Nas nie pokona!" (śpiewamy dopóki nie zdobędziemy piłki xd)
Wygrały czterema koszami, ale poprzeczka była wysoko. Większości z nas pomyliły się kwarty i mieliśmy wszyscy rozpaczać po trzeciej (myśląc, że to czwarta), bo przegrywaliśmy jednym punktem. Tyle razy i tak głośno śpiewaliśmy, że gardło i płuca mnie bolą do teraz. Po każdym kolejnym koszu zbliżającym nas do zwycięstwa wszyscy piszczeliśmy i skakaliśmy sobie w ramiona, a pani od matmy i pani od polskiego (nie ta co uczy nas, tylko gimnazjum i 5 kl) się z nas śmiały i robiły nam foty. Byliśmy aż czerwoni z radości z 1 miejsca w województwie ^.^
Na koniec dodam, że gdy wracałam ze sklepu, znalazłam kolejną czterolistną koniczynę. Uwaga! Szykuje się jutro szczęśliwy dzień <<wow! to już piąta taka koniczyna w ciągu tygodnia!>>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz