wtorek, 22 lipca 2014

Lipiec

Siemka! Dawno mnie nie było. Jak mówiłam na wakacjach w kilu miejscach. Tak minął czas:

Środa 3.07 :
Wizyta u ortodonty była wyznaczona o 14.00. Rano zaraz po zrobieniu wszystkich porannych czynności i spakowaniu pojechaliśmy do Jasła (około 60 km od wsi w której mieszkam), a po dotarciu na miejsce - ujrzeliśmy mega-kolejkę ciągnącą się aż na dziedziniec niewielkiego osiedla, na którego terenie jest gabinet ortodontyczny. Postanowiliśmy się przejść jeszcze do wujka Marcina, cioci Iwony i kuzynki Wiktorii, którzy mieszkają w Jaśle, ale ponieważ nie powinno się wpadać bez uprzedzenia - mama zadzwoniła do Iwony. Okazało się jednak że są w sklepie meblowym,więc wróciliśmy do kolejki, która mało co zmalała :P Wujek i ciocia wracając ze sklepu postanowili pogadać z mamą pod bramką do osiedla. Ja jednak musiałam czekać w kolejce, a to miała być moja pierwsza wizyta kontrolna odkąd noszę aparat (od 30.04). Za mną w kolejce stała jakaś pani z dwójką dzieci (9-letnią córką i małym, ok. 3-letnim synkiem). Okazało się że jej córka - Julka ma taki sam problem z zębami jak miałam ja, a mianowicie obie trójki ma za wysoko u góry i trochę krzywe (tak jak ja przed założeniem aparatu). Mówiły też, że w klasie 9-latki jest 2 dziewczyny i to 2 Julki, a mało brakowało - byłaby jedna gdyby nie doszła do ich klasy ta druga Julia. W gabinecie ortodontka mówiła, że bardzo dobrze radzę sobie z aparatem. Po dwóch miesiącach noszenia aparatu ruchomego moje trójki są prawie proste i dużo równiejsze niż wcześniej. Mam dalej nosić go tak długo jak nosiłam (całą noc i prawie cały czas w dzień, zdejmować tylko do jedzenia i często myć szczoteczką i pastą). Po wyjściu jechaliśmy do cioci Renaty (równocześnie moja chrzestna matka), gdy nagle auto stanęło. Brakło nam paliwa i należało iść na stacje po benzynę. Ledwie zdołaliśmy zjechać na pobocze i wyjść z samochodu, a tu jakiś miły pan zatrzymuje się i mówi, że podwiezie nas na miejsce. Weszliśmy do srebrnego mini-vana i mężczyzna zrobił tak jak mówił. Powiedział też, że jemu też kiedyś nawalił samochód i ktoś mu pomógł, a dziś chciałby spłacić dług. Mama nalała paliwa, pan nas odwiózł, podziękowaliśmy i każdy pojechał w swoją stronę. Moja ciocia mieszka w Lublicy - niewielkiej wsi. Jest fryzjerką z dwójką dzieci - prawie 4-letnią Natalią i ok. 1,5 miesięczną Madzią. Byliśmy w Warzycach, gdy nagle w lesie, niedaleko Sieklówki, auto stanęło. Czekaliśmy przez jakieś pół godziny na wujka Mirka, który dowiózł nas wreszcie do cioci. Mama była tam krótko, bo musiała wracać do domu (kiedyś może napiszę wszystko o naszej sytuacji). Ja i Paweł zostaliśmy, jak już wcześniej wspominałam . Cioci spodobała się sukieneczka dla Madzi, jaką kupiliśmy w Haczowie po drodze. Oprócz ubranka daliśmy im też grzechotko-gryzaczek i paczkę chusteczek nawilżających. Gdy mama wyszła, Renata poszła dać mamie klucze do jej auta, gdyż pożyczała je, aby mama miała jak dotrzeć do domu, a nazajutrz - do pracy. Ja miałam pilnować "przedszkola". Całe szczęście, że ciocia  poinformowała mnie o tym, że mała może wymiotować, bo tyle co jadła. Ledwie ciocia wyszła - Magda zwraca posiłek. Na tamten dzień przygód by było na tyle xD

4.07:
Ten dzień minął dość spokojnie. Paweł bawił się z Natalką, a ja zajmowałam się Madzią. Wujek Witek i kilku innych panów montowali coś w stylu dachówek do nie dawno wybudowanej altanki.Ciocia tego dnia zrobiła kebab z frytkami, sosem i surówką na obiad, a potem razem z dziadkiem Natalii poszliśmy nakarmić sarenkę, której matka była znaleziona martwa w lesie. Tego dnia umyłam włosy (myję głowę raz na tydzień, bo moje włosy się jeszcze nie przetłuszczają  zbytnio) i  zdecydowałam się je ściąć. Ciocia podcięła je tak, że miały długość poza ramiona (wcześniej miałam do pośladków).

5.07:
Ostatni dzień u cioci Renaty. Słuchając radia Eska przez telefon wieczorem, już w łóżku, zasnęłam i zaplątałam się w słuchawki.Potem w nocy mnie rozplątywano xD Do południa było tak jak zeszłego dnia - Paweł i Natalia się bawili, a ja pomagałam cioci i zajmowałam się Madzią. Potem Natalka się dziwnie zachowywała i okazało się, że ma gorączkę. Wtedy przyjechała ciocia Bożena i wzięła nas do Babci do Glinika Polskiego. Wzięliśmy dwa młode koty od cioci Renaty, bo w Bożena chciała je zabrać do Skalnika- miejscowości, w której mieszkała. Zjedliśmy obiad i poszliśmy na asfalt (tam na drodze rzadko coś jeździ) i ja jeździłam na rolkach, a Paweł na rowerze. Potem Bożena zabrała nas i babcię na pizzę do Jasła do pizzerii "Faraon". Po pizzy byliśmy jeszcze w jednym sklepie i wróciliśmy do domu babci. Pamiętam,że koty zamknięte w niewielkim pokoju spały ślicznie, a Rudzik załatwiał się w doniczce z kwiatkiem zamiast w kuwecie i sypiał w pustej doniczce stojącej w kącie zamiast w pudełku.

6. 07:
Rano przyjechał wujek Krzysiek i jak to w niedziele - poszliśmy do kościoła. Po obiedzie zaś razem z wujkiem (ciocia została w domu) jeździliśmy sobie tak jak w sobotę (wujek na rowerze). Przejechaliśmy kilka razy do końca asfaltu , a następnie aż do miejscowości Nowy Glinik, przez kilka zakrętów i z powrotem aż do domu. Wieczorem znów byliśmy w Jaśle, tym razem na lodach w lodziarni "Ciao". Wybrałam miętowe i bananowe. Następnie odwieźli mnie do cioci Iwony (mieszka w Jaśle) do bloku gdzie zostałam do wtorku. Paweł wrócił do babci. Ja i Wiktoria - moja 6 - letnia kuzynka tego dnia już niewiele zrobiłyśmy, bo był już wieczór, więc wszystko zostawiłyśmy na następne dni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz